Zgubiona-znaleziona
Mordka jest specyficznym kotem. Odnalazła się w wiejskiej rzeczywistości, ale nie lubi się szwendać. Inne koty ją stresują, więc często spędza czas w łazience, gdzie może cieszyć się samotnością i spokojem. Czasami spędza noce z nami w sypialni, bo tam również nie ma innych kotów - jesteśmy tylko my i Benek.
Kiedy już wyjdzie z domu, zwykle wygrzewa się na parapecie lub tarasie, ewentualnie udaje się do sąsiadów, gdzie zaszywa się w krzakach. Ale wtedy, zawołana po imieniu, przychodzi. Nigdy nie oddala się od domu tak, żeby nie było jej dłużej niż godzinę.
Wczoraj wróciłam do domu wczesnym popołudniem. Po kilku godzinach, gdy było już kompletnie ciemno, zdałam sobie sprawę, że od powrotu nie widziałam Mordki. Nie było jej w łazience, ani w reszcie domu. Nie znalazłam jej również przed wejściem ani pod drzwiami tarasowymi - czasami nie chce jej się wchodzić do domu przez klapkę i czeka, aż służba otworzy jej "ludzkie" wejście.
Nie było jej również w piwnicy, gdzie czasami udaje jej się wymknąć.
Pochodziliśmy wokół domu, wołając ją w ciemność - bez efektów.
Przy którymś z nawolywań wydawało mi się, że słyszę jakieś przytłumione miauczenie, ale nie potrafiłam określić skąd dobiega. Poza tym, w domu, w którym jest 7 kotów, miauczenie nie jest czymś szczególnie rzadkim.
Posępniałam z każdą chwilą - ze względu na atak Rosji na Ukrainę, nastrój mam wystarczająco podły, nie potrzebowałam do kompletu zaginięcia Mordki.
Przed snem zakomunikowałam nawet, że boję się, że już jej więcej nie zobaczę :(
Kładąc się do łóżka z telefonem, pomyślałam, że sprawdzę monitoring - będę przynajmniej wiedzieć, gdzie poszła i pójdę tam rano jej poszukać.
Według monitoringu, niedługo przed moim powrotem do domu, Mordka wyszła i udała się w stronę parkingu. Zanim sięgnęłam po zapis z kamery, która zerka na parking i podjazd, w jednej sekundzie w mojej głowie detale skleiły się w rozwiązanie.
Narzuciłam szlafrok, złapałam kluczyki i poszłam uwolnić Mordkę z samochodu.
Mordka uwielbia wsiadać do zaparkowanych aut (ale jeździć nimi nienawidzi).
Wracając do domu przywiozłam duże zakupy, które, na raty, zabierał do domu Krzyś.
Pomiędzy dwoma turami zostawił otwarty bagażnik.
Miauczenie które słyszałam, dochodziło z zamkniętego samochodu.
Kiedy przyszłam ją uratować, jej malutka nomen-omen mordka tkwiła w bocznym tylnym oknie auta. Patrzyła na mnie z wyrzutem. Co tak długo?
A potrafi patrzeć z wyrzutem...

Komentarze
Prześlij komentarz