Kto jest kim
Ludzie
Monia (narratorka) i Krzyś. Razem mamy ponad 100 lat i… nieparzystą liczbę dzieci. I żadnych wspólnych, co bardzo ułatwia relację. Poza miłością do zwierząt, gór, podróżowania, świętego spokoju i wielu, wielu innych, mamy wspólną również skłonność do głupich fotek. Ponieważ jednak w przypadku Krzysia, skłonność do robienia sobie głupich fotek nie idzie w parze ze skłonnością do upubliczniania głupich fotek – zdjęcie z gatunku „można je pokazać teściowej”.
Zwierzyniec
W kolejności starszeństwa
Babcia
Pojawiła się u nas pod koniec kwietnia 2021 roku, w konsekwencji bardzo smutnego wydarzenia – Covid zabrał tatę Krzysia. Miał on kotkę, która od 17 lat mieszkała z nim w krakowskim mieszkaniu, w roli rozpieszczonego kota jednowłaścicielskiego – nie uznawała nikogo innego. Kiedy trafiła do nas, bałam się, że ta przeprowadzka skończy się dla niej tragicznie. Samotny, niewychodzący kot miał stać się częścią stada. Zakładałam, że jeżeli przeżyje stres przenosin, to pewno kilka tygodni potrwa, zanim odważy się wyjść z naszej sypialni, w której mieliśmy ją ulokować. Tymczasem kotka po 2 dniach domagała się gwałtownie wyjścia z zamknięcia, a po tygodniu zażądała, aby wypuścić ją na zewnątrz. Po 3 miesiącach przyniosła do domu pierwszego upolowanego gryzonia. A ponieważ nie ma zębów, myszka była w stanie nienaruszonym – jedynie nieco wymemłana – wróciła do natury.
Mieszka z nami już 8 miesięcy, pokazuje swój żelazny charakter i nie ma zamiaru spoufalać się z resztą zwierzyńca. Niedługo skończy 18 lat, czyli na ludzkie – dobija już blisko 90-tki.
W swoim pierwszym domu nosiła imię Kicia. Uznaliśmy, że to jednak trochę bez sensu, wołać „Kicia, Kicia!” w domu pełnym kotów, zatem nazwaliśmy ją Babcią. Okazało się to trochę ryzykowne, gdy raz zdarzyło jej się oddalić i chodziliśmy w okolicy domu, drąc się „Babcia! Babcia!”. Baliśmy się, że ktoś wezwie opiekę społeczną.
Mordka
Ona również przez większość swojego życia – 8 lat z 10 – była kotem miejskim, niewychodzącym. Była połową mojego osobistego stada, z którym przeprowadziłam się na wieś z Krakowa. Jako kot blokowy sprawiała wrażenie słodkiej, ale niezbyt rozgarniętej istoty. Po przeprowadzce pokazała, że nie musi być słodka – potrafi chodzić własnymi ścieżkami. Ale trochę trwało, zanim oswoiła się z tym, że świat zewnętrzny stoi przed nią otworem. Uwielbia włazić wszędzie tam, gdzie jest wysoko. Często można ją znaleźć na szafkach kuchennych, wysokiej lodówce albo na… górnej krawędzi drzwi.
Nie przepada za innymi kotami. Łatwo można poznać, że bardziej jej się podobało bycie niemal jedynaczką, niż jedną z wielu.
Maryśka
Trzecia z naszych „burek” – która jest którą poznajemy niemal wyłącznie po tuszy i po wyrazie pyszczka. Maryśka jest z burej trójki najbardziej „upakowana”. I najmłodsza – liczy dopiero niespełna 4 lata.
To kot nad kotami. Ma za sobą paskudne doświadczenie – dzieci Krzysia znalazły ją, porzuconą, wraz z kociętami, w odludnym miejscu. Okolica i okoliczności nie pozostawiają złudzeń – musiała być młodziutką, domową kotką, której pozbyto się, gdy zaszła w ciąże. Ale nawet to nie zachwiało jej miłością do ludzi. Jest najbardziej czułym kotem, jakiego kiedykolwiek widziałam. To 5 kilogramów czystej, skondensowanej miłości. Ale tylko do człowieka. Z miłością do innych gatunków bywa różnie. Na przykład od pierwszych chwil nienawidzi Babci i Mordki. Z wzajemnością ;)
Kocięta znalazły swoje domy, a na Maryśkę nie było chętnego, więc przygarnął ją Krzyś. Niedługo po tym pojawiły się Trójka i Ruda, więc zastępowała im matkę – karmiąc piersią i wychowując.
Trójka i Ruda
Dwie siostry, córki półdzikiej, lokalnej kotki. Nazywaliśmy ją Mamuśka.
Mamuśka prawdopodobnie mieszkała w którejś z okolicznych wiejskich zagród, ale nikt o nią się nie troszczył. Nie była wysterylizowana i co roku miała przynajmniej jeden miot.
Właśnie z takim jednym miotem, składającym się z trójki kociąt – dwóch tricolorek i jednej rudej – zaczęła nieco ponad 2 lata temu odwiedzać Krzysia. Przyciągnęło ją jedzenie. Po jednej z wizyt, kiedy Mamuśka postanowiła się oddalić, Trójka i Ruda uznały, że lepiej jednak będzie zostać. A przecież nikt normalny nie dyskutuje z kotem, który postanowił sobie sam wybrać dom. A co dopiero z dwoma kotami.
Latem siostry wracają do domu głównie z powodu jedzenia – całe dnie i noce spędzając na zewnątrz. Zimą zmieniają się w koty domowe.
Ruda jest kotem, który wyróżnia się pięknym wyglądem i cieniutkim głosikiem. Poza tym jest typowym wiejskim kotem – wędruje, czasami walczy, potem przychodzi na kolana, ociera się i mruczy.
Trójka jest kompletnie inna. Jeżeli istnieje koci Zespół Aspergera to ona go na pewno ma. Przez większość swojego niedługiego życia człowieka, nawet tego, który się o nią troszczy, traktowała jako zło konieczne – przecież ktoś musi napełniać miskę. Nie lubiła głaskania, wzięcie na ręce było dla niej największą karą, przed którą próbowała uciekać. Musiałam czekać prawie rok, by przyszła do mnie sama na kolana – a ja jestem typem, do którego lgną wszystkie koty w promieniu kilometra.
Zmiana przyszła z cierpieniem.
Na początku października Trójka wróciła do domu ze złamaną łapką. Nie wiemy, w jakich okolicznościach to się stało, ale weterynarz wykluczył wypadek drogowy i wnyki. Złamanie było na tyle paskudne, że wymagało zespolenia. Pierwszy miesiąc Trójka siedziała w łazience, żeby nie mogła wyjść z domu przez klapkę. Izolacja w małym pomieszczeniu sprawiła, że zaczęła lubić towarzystwo człowieka – zaczęła ocierać się o nogi, domagać się głaskania, mruczeć.
W drugim miesiącu rekonwalescencji mogła już przemierzać cały dom – zwykła klapka została zamieniona na sterowaną elektronicznie, ale nadal źle znosiła zamknięcie. Stała się coraz bardziej niemiła dla pozostałych kotów, ale nadal szukała naszego towarzystwa. Teraz, od miesiąca, może już wychodzić, więc na nowo jest spokojnym, zrównoważonym kotem, ale nadal nas lubi i zaczepia czasami, by poświęcić jej nieco czasu.
Kocie chłopaki
Behemot i Czesiu – trafili do nas pod koniec lipca, jako niemal trzymiesięczne kociaki. Nie są braćmi i wyraźnie to po nich widać.
Behemot to smukły, czarny kot. Wychowany przez półdziką kotkę, która do złudzenia przypomina Zmora*. To pewno matka nauczyła go, jak polować na myszy i że nie można zmarnować ani grama białka, które jest dostępne. Od pierwszej chwili wiadomo, że to pieszczoch, który lubi leżeć na człowieku, być głaskanym. To również największy w domu wielbiciel mokrej karmy. Gdy ją czuje, natychmiast komunikuje, że nie jadł już 15 minut, zatem – umiera z głodu.
Czesiu to koci „pudzian” – ma upakowane, zwarte ciałko. Ma niesamowite, gęste biało-czarne futerko. Szczególnie rozczulające są drobne czarne cętki na białym tle. Jako młody kociak był okropnym rozrabiaką, który dręczył Behemota i przed którym uciekały starsze koty. Po kilku tygodniach wyjechaliśmy na urlop, a w tym czasie on przeszedł przemianę – nagle stał się niewiarygodnym miziakiem. Wpuszczony do sypialni najchętniej spałby na mojej twarzy. A mając mój nos w okolicy swojego pyszczka, obdarza go wyrafinowaną pieszczotą – dwa-trzy liźnięcia, a potem – ugryzienie.
Jedyny pies w tym towarzystwie. Wymyśliliśmy, że nasz pies ma być Borderem, żeby był inteligentny i aktywny – żadna rasa kanapowa nie miałaby szansy na szczęśliwe życie z nami ;)
Nie braliśmy pod uwagę dorosłego psa ze schroniska, bo baliśmy się, że nie zaadaptuje się w domu pełnym kotów. Benek zaadaptował się świetnie – chce się bawić z kotami, tylko one nie podzielają jego entuzjazmu.
Jak każdy Border Collie – jest piękny. Jak każdy szczeniak – jest entuzjastyczny. Z powodu skłonności do jedzenia rzeczy całkiem, wydawać by się mogło, niejadalnych, nosi ksywkę Koza.
* Zmor fizycznie nie należy już do Stada, ale nie sposób o nim nie wspomnieć. Przeprowadził się ze mną na wieś, po 11 latach życia w mieście. Najinteligentniejszy kot, z jakim miałam do czynienia. Miałam wrażenie, że rozumie doskonale to, co do niego mówiłam. Szybko odnalazł się w nowej rzeczywistości – dało się łatwo zauważyć, że sprawia mu radość patrolowanie okolicy. Choć wykastrowany – znaczył teren na zewnątrz domu, zostawiając swoją wizytówkę dla lokalnych kocurów, które czasami się do nas zapuszczały. Pewnej majowej nocy po prostu nie wrócił do domu, a poszukiwania i ogłoszenia nic nie dały. Choć mój rozsądek wie, że zapewne zabrał mi go las (albo nowy środek na kleszcze, który aplikowaliśmy mu poprzedniego wieczoru), to w głębi serca nadal na niego czekam. I nie chcę tracić nadziei, że któregoś dnia pobiegnie na moje przywitanie podjazdem, z wysoko uniesionym, puchatym ogonem.

Komentarze
Prześlij komentarz